Relacja naszej zawodniczki Sylwi Bondary z ZMB

Uczestniczyć w biegu czy być wolontariuszem – oto jest pytanie?

Biorąc udział w różnego rodzaju biegach zawsze patrzyłam z podziwem na wolontariuszy, którzy często w deszczu, śniegu, mrozie podają zawodnikom herbatę, zakładają na szyję medal, okrywają folią, pomagają z uśmiechem na ustach. Nieraz myślałam, żeby stanąć po tej drugiej stronie, ale jednocześnie nie chciałam rezygnować z biegania.

Okazało się, że te dwie rzeczy można połączyć, ponieważ poza obsługą biegu w dniu imprezy są potrzebne osoby już kilka dni wcześniej. Trener Jacek Gardener z naszego klubu JacekBiega Running Team, który bierze udział w organizacji m.in. biegu Rzeźnika zaproponował mi znaczenie trasy Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego, a następnie wystartowanie w oznaczonej przez siebie trasie. Nigdy tego nie robiłam, nie wiedziałam jak to będzie wyglądać, ale bez większych obaw od razu się zgodziłam. Po przyjeździe na miejsce trzy dni przed biegiem miałam mnóstwo pytań na temat tego, co dokładnie będziemy robi20150123_135732ć. Mimo pewnych planów sytuacja drastycznie się zmieniała, więc po prostu słuchałam co w danej chwili jest potrzebne i starałam się wykonywać pracę jak najlepiej. Początkowo plan był taki, że wsiądziemy w samochód i zatrzymując się co jakiś czas oznaczymy trasę, a tylko tam gdzie droga jest zbyt wąska pokonamy ją pieszo. Od razu okazało się, że co najmniej połowę trasy musimy przejść, ponieważ mimo szerokiej drogi samochody nie są wpuszczane na trasę biegu narciarskiego, która po części pokrywała się z „naszym” biegiem. W związku z tym z tabliczkami na plecach, z taśmami do znakowania trasy, które wcześniej z niezwykłą precyzyjnością przygotowywaliśmy oraz z GPS-ami udaliśmy się na znaczenie trasy. Trasa okazała się dłuższa niż początkowo zakładaliśmy, więc zabrakło nam ostatnich tablic z kilometrami oraz zaczęło się robić ciemno. Zmieniło to nasze plany n20150124_144432a następny dzień gdyż, musieliśmy wrócić na koniec trasy i uzupełnić kilometry oraz znaczenia. Naszą misję zakończyliśmy ulepieniem kibiców ze śniegu, którzy jak się później okazały bardzo się wszystkim spodobali.

Wracając do hotelu widzieliśmy coraz więcej samochodów i ludzi na ulicach cichej jak dotąd Cisnej. W hotelu pozostali wolontariusze składali już pakiety, przygotowywali się do otworzenia biura zawodów. Organizatorzy ustalali kto z nich będzie na konkretnych punktach kontrolnych i dopinali wszystko na ostatni guzik. To wszystko potwierdzało zbliżanie się imprezy biegowej.

I oto nadszedł dzień startu. Miałam pewne obawy, że w związku ze znaczeniem trasy, chodzeniem po góracWAS_2347h przez ostatnie dwa dni, jestem osłabiona, jednak czułam się dobrze. Na pierwszych kilometrach dołączył do mnie kolega z klubu Jacek Baranowski, z którym przez kolejne 20 km zastanawialiśmy się, czy nie biegniemy za szybko, czy wytrzymamy tempo. Po skręceniu w bardziej ośnieżoną drogę miałam wrażenie, że Jacek czuje się o wiele lepiej ode mnie, więc zwolniłam. Mimo, że jeszcze przez jakiś czas go widziałam, wiedziałam, że muszę zacząć walczyć sama. Żeby o tym nie myśleć patrzyłam na oznaczenia trasy, sprawdzając czy na pewno dobrze się spisaliśmy. Mijając oznaczenia kolejnych kilometrów przypominałam sobie jak je zawieszaliśmy i ile sprawiało nam to radości. Z każdym kilometrem widziałam coraz mniej, zastanawiając się czy dlatego że jestem bardziej zmęczona, czy dlatego że trasa nie do końca dobrze została oznaczona. Z utęsknieniem wypatrywałam zbiegu do Karczmy 10382825_873307189358136_3269633722882416465_nBrzeziniak, w której miałam zamiar na chwilę się zatrzymać. Jednak w Karczmie dowiedziałam się, że jestem w czołówce kobiet, więc jak tu pić wiśniówkę? J Trzeba biec dalej, a właściwie iść bo za Karczmą czekało nas strome podejście. Czasami myślałam, że wolałabym tej trasy nie znać, że ta wiedza tylko mi przeszkadza, ponieważ wiem co jest przede mną i wiem że nie będzie łatwo. Po pokonaniu największej górki i po kilku następnych kilometrach dogoniłam Jacka, który wcześniej mi uciekł. Wtedy pomyślałam, że nieźle przyśpieszyłam. Niestety szybko okazało się, że to on zwolnił z powodu bólu łydek. Chciałam mu pomóc, ale powiedział żebym się nie martwiła i walczyła o miejsce, więc pobiegłam dalej, chociaż wiedziałam że walka to będzie ale samej ze sobą. Po prostu biegłam robiąc co do mnie należy nie zastanawiając się zbytnio nad tym, która jestem. Na mecie z medalem wyjątkowo nie przywitał mnie wolontariusz, ani narzeczony który jeszcze pozyskiwał endorfiny na trasie biegu, tylko trener słowami: „i tak masz biegać!!!”. Ucieszyłam się, jeszcze wtedy nie wiedząc dokładnie o co chodzi. Okazało się, że przybiegłam tak szybko jak nigdy, kończąc bieg jako trzecia w ogólnej klasyfikacji kobiet. Trudno opisać co wtedy czułam, ale na pewno byłam niezwykle szczęśliwa, jeszcze nigdy nie byłam w takiej ścisłej czołówce, przegoniłam kilka dziewczyn które jeszcze w październiku biegały dużo szybciej ode mnie. Wtedy stwierdziłam, że rozkładanie trasy mnie nie osłabiło, gdyż formy nie buduje się w dwa dni oraz że treningi Jacka i wiara w siebie jaką daje klub działają cuda. Byłam taka szczęśliwa, że mi się udało, że zapomniałam o całym świecie. Ocknęłam się gdy trener zapytał się, czy dam radę jeszcze pomóc wolontariuszom. Oczywiście się zgodziłam, gdyż czułam się całkiem nieźle i wtedy uświadomiłam sobie, że bieg nadal trwa, że inni biegną licząc na medal, ciepłe przywitanie na mecie. Na początku jedna z miłych wolontariuszek poprosiła mnie o rozłożenie na stole wody i medali, później o zakładanie medali kończącym bieg. Koleżanka z klubu Monika Piasecka, z którą wcześniej znaczyłam trasę stała tuż obok oczekując z folią termiczną na kolejnych biegaczy. Następnie zostałyśmy zabrane do centrum Cisnej, żeby zmienić marznących wolontariuszy i kierować biegaczy na 20150125_141532trasę biegu, gdyż po przebiegnięciu 40 km łatwo w miasteczku zabłądzić. Mijali mnie także biegacze wracający z mety z medalami do pensjonatów i samochodów. Kilku z nich krzyknęło do mnie, że chyba lepiej byłoby pobiec niż tu stać… niektórym z nich tłumaczyłam że już przebiegłam, niektórym nie zdążyłam, gdyż kolejnych biegaczy trzeba było odpowiednio kierować na trasę. Po jakimś czasie zmienił mnie Jacek, z którym biegłam pierwsze 23 kilometry, żebym mogła wrócić na dekorację. Pierwszą w życiu dekorację z prawdziwym podium

Następnie czekało nas już tylko uprzątnięcie trasy, ale wiedziałam, że skoro wszystko do tej pory się udało to z tym też sobie poradzimy.

Podsumowując jestem b_DSC5170ardzo zadowolona, że mogłam połączyć pasję biegania z pomocą przy organizacji biegu. Jeszcze większą radość wzbudzały we mnie pozytywne komentarze innych biegaczy. Myślę, że każdy biegacz powinien chociaż raz stanąć po tej drugiej stronie, żeby zrozumieć organizatorów oraz wolontariuszy…

Komentowanie jest wyłączone.