Jak arteterapetka i trenerka zostaje wolontariuszem podczas Maratonu Bieszczadzkiego

10364213_855986174436157_2065539607199280844_nStartowałam już w niejednym biegu, byłam też i wolontariuszem, a nawet koordynowałam wolontariatem pracowniczym. Ale nigdy wcześniej nie biegłam w biegu górskim i nigdy też nie byłam od tej drugiej strony imprezy biegowej, tym bardziej, jako wolontariusz. Nigdy, aż do Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego.

 

Góry kocham od dawna, Bieszczady pokochałam jakieś 10 lat temu, kiedy tam pierwszy raz pojechałam. Dotąd po górach to tylko chodziłam, też w wersji z plecakiem i śpiworem na plecach, ale nigdy wcześniej po nich nie biegałam. I tak się złożyło, że trener Jacek Gardener, który jest organizatorem min Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego (od niedawna biegam i trenuję w JacekBiega Running Team), zaproponował mi udział w wolontariacie przy organizacji ZMB.

 

Zgodziłam się o tyle 20150101_124352chętniej, że jako arteperapeuta i trener prowadzący warsztaty z rozwoju osobistego mogłam w ten sposób zdobyć dodatkową wiedzę praktyczną poprzez obserwacje
i doświadczenia. A to jest zawsze cenne w tego typu pracy z człowiekiem.

 

 

Naszej grupie prowadzonej przez Jacka, gdzie byłam razem z Sylwią Bodnarą przypadło znaczenie trasy.

 

20150122_211203 Jako pierwsze zadanie dostajemy 12 km taśmy, którą trzeba pociąć w równe paski, połączyć w komplety gotowe do znaczenia trasy (prawie jak na zajęciach z arteterapii). Następnego dnia, 3 dni do maratonu, pobudka wcześnie rano, marsz do samochodu i ruszamy na trasę. Potem powrót na śniadanie, ale nie, wcześniej trzeba jeszcze przygotować salę na biuro zawodów, wyładować wodę i izotoniki, które potem podawane będą zawodnikom na punktach odżywczych. Po szybkim śniadaniu ruszamy znów w trasę. Tym razem pieszo gdyż część drogi prowadzi przez trasę Biegu Narciarskiego, który startuje następnego dnia.

 

Zaopatrzeni w tablice 20150126_095249z numerami kilometrów, z plecakami załadowanymi w taśmy do znaczenia, sznurkami oraz wyposażeni w GPSy – wyruszamy. W trakcie, ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że trasa jest dłuższa niż wstępnie zakładaliśmy. Temperatura koło 6 stopni na plusie, mgła, śnieg i błoto rozjeżdżają się pod stopami. Jest wesołoJ.. Wracamy do hotelu długo po zmroku. Następnego dnia znów pobudka wcześnie, bo trasa wzywa.

 

 

20150124_144432

Ponieważ energii mamy wciąż dużo, na ostatnich kilometrach, stawiamy przy drodze pierwszych kibiców w postaci bałwanów, które ozdabiamy dodatkowo w nasze żółte taśmy.

 

 

 

W mieście od piątku, z każdą godziną przybywa ludzi, czuć już rosnącą atmosferę ekscytacji. Wieczorem zaczyna padać śnieg. W sobotę koncerty grup: DiAnti, Wiewiórki na Drzewie, Leniwiec. Można chwilę złapać oddech przed zbliżającym się startem a nawet poskakać w rytm muzyki.

Sobota wieczór, odbieramy pakiety startowe. W mojej głowie od 2 dni waży się decyzja biec 10km czy 30km (wersja skrócona). Pech chciał, że krótko przed ZMB nabawiłam się kontuzji. Przez co, uciekły mi ponad 2 tygodnie treningów, nie byłam też pewna jak noga zachowa się na dłuższym dystansie. Decyzja podjęta!!Odbieram pakiet na maraton, w planach mając skrócić trasę do 30 km.

WAS_2531Dzień startu, pobudka 5.45, szybkie śniadanie i ruszamy na start. Atmosfera niepowtarzalna, coś, czego nie doświadczyłam na maratonie miejskim. Start. Staram się nie szaleć z tempem, bo wiem, że czeka nas odcinek na rozjechanym śniegu gdzie łatwo nie będzie. Dobiegam do punktu żywieniowego, gdzie odbija trasa dla wersji 30km. I waham się, serce chce biec dalej, bo nie czuję jeszcze zmęczenia, bo wiem, jakie atrakcje czekają zawodników na 34 km, bo trasa tak pięknaJ Ale tym razem wygrywa rozsądek, zbiegam w dół.

Dobiegam na metę. Idę do pokoju, trochę się rozciągam, biorę prysznic. Krótko po dobiega Sylwia i wzywają nas do pomocy na mecie. Sylwia wręcza medale ja zakładam folie na zawodników. Za jakiś czas okazuje się, że trzeba podmienić wygłodniałych wolontariuszy, którzy stoją już długo na punktach w mieście. Jadę razem z Sylwią. Gdy stoję i kieruję zawodników na dobrą drogę mijają mnie też ci, z medalami na szyi, wracający do domu. Słyszę parę razy: „super impreza”, „bardzo dziękujemy”, „ za rok znów tu będziemy”. I wtedy mimo chłodu, zmęczenia, czuję radość, że fajnie być częścią takiej imprezy, nie tylko przebiec, ale też dołożyć swoją małą cegiełkę do całości.

20150126_102133Po maratonie. Zawodnicy już wrócili lub wracają do swoich domów nas czeka jeszcze sprzątanie trasy.

Cieszę się, że tu przyjechałam i że nie tylko pobiegłam w ZMB, ale też byłam wolontariuszem.
A największe wrażenie zrobiło na mnie kilka rzeczy.

Ludzie. Zobaczyłam na własne oczy, doświadczyłam, że za każdym takim biegiem stoją ludzie, dużo ludzi, którzy wkładają w to swoje serce, energię, czas. A żeby zorganizować taką imprezę trzeba uwzględnić tyle drobiazgów, o których dotąd nie miałam pojęcia, że mogą mieć znaczenie.

Zaangażowane. Ani razu podczas przygotowań nie zauważyłam, żeby trzeba było kogoś poganiać do pracy. Każdy wiedział, co miał robić i działał. Moje dotychczasowe doświadczenia
z wolontariatu pracowniczego były różne. A i nie raz spotkałam się z tym, że chęci kończyły się na etapie deklaracji, a gdy trzeba było zakasać rękawy do roboty, ubrudzić i spocić to chętnych nagle ubywało. Tutaj czegoś takiego nie widziałam.

Atmosfera. W tracie całego pobytu: podczas organizacji i w trakcie biegu. Ciężko mi to opisać właściwymi słowami. Mogę tylko dodać, że jeszcze parę dni po powrocie do Warszawy byłam pod jej wpływem. I wiem jedno, chcę tam wrócić i nie tylko po to by pobiec, ale też po to by być wolontariuszem.

1452511_1503038809969202_8065225708474094667_nBycie wolontariuszem podczas maratonu przyniosło mi taką samą radość i satysfakcję, jaką daje mi praca z ludzmi, z grupą podczas moich warsztatów. Akcja zmienia się dynamicznie, widać realne efekty pracy, sprawia się radość innym ludziom, pomaga im. Coś takiego działa lepiej niż masaż ciała i balsam razem wzięte.

Monika Piasecka

Komentowanie jest wyłączone.